Likwidacja Kopalni

31 grudnia 2020 roku to data postawienia kopalni „Olkusz-Pomorzany” w stan likwidacji. Proces likwidacji prowadzony jest w oparciu o Plan Ruchu likwidowanego zakładu górniczego zatwierdzony przez Dyrektora Okręgowego Urzędu Górniczego w Krakowie.

Udostępnij:

„Nieustępliwa…”, to tytuł opracowania, którego tematem jest zagrożenie wodne występujące w podziemnym górnictwie olkusko-bolesławskim. Opracowanie składa się z trzech rozdziałów. Pierwszy z nich poświęcony jest wodzie, drugi pompowaniu, czyli wydalaniu wody z podziemi kopalń na powierzchnię i trzeci pompom, czyli urządzeniom służącym do tego wydalania wód kopalnianych.
Dzisiaj publikujemy pierwszy z tych rozdziałów zatytułowany Woda. W kolejnych dniach będą ukazywać się następne.

Nieustępliwa…

Na początku trzeciej dekady lat XXI wieku została zatopiona kopalnia „Olkusz-Pomorzany”, ostatnia z kopalń wydobywających rudę cynku i ołowiu w Polsce. W dniach 14 i 15 grudnia 2021 roku pompy zaprzestały pompowania wody z podziemi rejonu „Pomorzany”, a 4 stycznia 2022 roku z rejonu „Olkusz”.

W pierwszych słowach wstępu posłużyliśmy się wiekiem jako jednostką czasu. Nieprzypadkowo, bowiem górnictwo na terenie olkusko-bolesławsko-bukowieńsko-sławkowskim istniało prawie osiem wieków. Obszary te zamieszkiwał lud rolniczo-górniczy, jak go określał w swym dziele Stanisław Ciszewski. Choć profesje te mają wiele wspólnego, rolnictwo już dosyć dawno zostało wyeliminowane z tego zakątka Małopolski, a teraz to samo spotyka górnictwo. Tak dla rolników, jak i górników, jednymi z najważniejszych żywiołów były ziemia i wody. Rolnicy grzebali w powierzchniowych warstwach ziemi, górnicy natomiast zapuszczali się w nieco głębsze jej rejony. Rolnicy mieli za swojego patrona św. Izydora, górnicy św. Barbarę. Ale był także święty, do którego modlili się jedni i drudzy − św. Jan Nepomucen.

Figurka św. Jana Nepomucena odzyskana z wyburzonej kapliczki i ustawiona na kamiennym cokole po zachodniej stronie bolesławskiego kościoła (fot. archiwum autora)

Był on patronem dobrej sławy i tonących oraz orędownikiem podczas powodzi. Uważano, że chroni ludzi przed powodziami i wzburzonymi wodami, otacza opieką pola i zasiewy. W pewnym okresie czcili go i rolnicy, i górnicy, gdyż dla obydwu tych grup woda była problemem. Tyle wstępu, a teraz do konkretu.

Rozdział 1. Woda

Skąd się wzięła woda na Ziemi? Nikt tego nie wie na pewno. Tylko naukowcy mają jakieś pomysły, wyobrażenia i teorie, ale czy można im wierzyć? Od powstania naszej planety ilość wody na Ziemi nie zmienia się: nie przybywa jej ani nie ubywa. Jest najbardziej rozpowszechnioną substancją i jednocześnie najbardziej zagadkowym płynem na naszej planecie. Raz potrafi przenieść olbrzymie masy żelastwa, innym razem zatapia błagającego o litość lekkiego rozbitka. Występuje w przyrodzie we wszystkich trzech stanach skupienia materii – stanie ciekłym, stałym i gazowym. Jej właściwości znacznie odbiegają od właściwości innych substancji o podobnej budowie.

Woda – tlenek wodoru tylko. Ale woda to źródło życia, podstawa egzystencji organizmów żywych, gospodarki i całej cywilizacji. Czasem źródło piękna, ale także często przyczyna nieszczęść, kataklizmów czy nawet zagłady życia. Zgromadzona w basenach, ujęta w koryta, zamknięta w rurach czy w naczyniach, nasączająca ziemię – służy człowiekowi, ale uwolniona z więzów staje się złowrogim żywiołem, często nie do opanowania.
Polskie zasoby wody na tle świata wypadają nader mizernie: w 1990 roku wynosiły one 49,4 km³, co stanowi 0,12% zasobów światowych. Polska odczuwa dotkliwy i ciągle rosnący deficyt wody wynoszący 2,4 – 5,3 mld m³ rocznie w zależności od bieżących opadów. Ponadto mamy w kraju niewielkie, ubożejące rezerwuary wód podziemnych (rozpoznane przez Centralny Urząd Geologii zasoby szacuje się na 13 mld m³/rok) i, jak na ironię, stały deficyt wody dotyczy akurat województw śląskiego i małopolskiego.

„Woda” to nazwa zwyczajowa używana w życiu codziennym. W wielu przypadkach trzeba tę nazwę rozszerzyć, na przykład woda pompowana z kopalni, to „woda dołowa”. Ale „dołowa” to też nie zawsze precyzyjne określenie. Należy pamiętać, że woda wodzie nie jest równa. Pojęcia „woda” w górnictwie używamy tylko umownie, bo czym innym, na przykład, jest woda pitna, czym innym woda zanieczyszczona chemicznie czy mechanicznie i czym innym woda mineralna, bo i taką w pewnym okresie kopalnia pompowała i butelkowała.
Przy tej okazji warto wspomnieć o wodzie pitnej przez całe lata pompowanej z kopalni „Olkusz” dla potrzeb własnych, i nie tylko.


Wzburzone, bo wydalone z podziemi wody kopalniane (fot. archiwum autora)

W czasie budowy kopalni „Olkusz”, w latach sześćdziesiątych, w trakcie prowadzenia robót rozpoznawczych w rejonie wschodnim natrafiono na poziom wodonośny i wówczas nastąpiło wdarcie dużej, jak na owe czasy, wody do wyrobiska – (początkowo było to około 10 – 12 m³/min). Po przeprowadzeniu analizy okazało się, że była to woda zdatna do picia. Niedługo po tym stwierdzeniu wybudowano w tym rejonie tak zwaną komorę wody pitnej i służącą do jej zasilania, rozdzielnię Rd-6. Ta peryferyjna pompownia wyposażona była w dwie pompy wielostopniowe i miała zabezpieczać potrzeby własne zakładu, ale wody było znacznie więcej, niż zużywały Zakłady Górniczo-Hutnicze „Bolesław”. Ułożono więc rurociąg bezpośrednio na powierzchnię i połączono go z siecią miejską. I tak oto, aż do końca lat osiemdziesiątych, kopalnia nieodpłatnie pompowała wodę w ilości około 6 m³/min (z pominięciem miejskiej uzdatnialni) na potrzeby mieszkańców Olkusza, ponosząc trud utrzymania dołowego ujęcia. Po roku 1990 wodę z Rd-6 pompowano już tylko na potrzeby własne, zaś ci, którzy ją pili, uważali, że jest lepsza od uzdatnianej. Likwidacja kopalni wymusiła zastosowanie nowych rozwiązań, także jeśli chodzi o dołowe ujęcia wody i – to zlokalizowane we wschodnim rejonie musiało ulec likwidacji. W 2003 roku pompy przeniesiono stamtąd do pompowni głównej przy szybie „Bronisław-Stefan” i w lutym (z nowego ujęcia) uruchomiono tłoczenie wody do przebudowanej sieci rurociągów zasilających część hutniczą oraz rejon kopalni „Olkusz” w likwidacji i rejon ciągle czynnej kopalni „Pomorzany”. Woda nie była gorsza od tej z ujęcia przy Rd-6, gdyż żadne dołowe roboty nie były już prowadzone i jej nie zanieczyszczały. W niedalekiej perspektywie uruchomiono ponowne pompowanie wody bezpośrednio do stacji uzdatniania miejskiego przedsiębiorstwa wodociągowego, ale jakiś czas później WPWiK wybudowało własne ujęcia i w praktyce wykorzystuje niezależne od kopalni sposoby zaopatrzenia mieszkańców okolicznych gmin w wodę. Z dołowego ujęcia zaopatrywane są więc tylko ZGH „Bolesław” S.A. i działające na ich terenie spółki zależne, ale przy wykorzystaniu nowego powierzchniowego systemu dystrybucji wody. Stara sieć rurociągów wody pitnej została wyłączona z eksploatacji. Tak było do chwili wyłączenia pomp w pompowni „Bronisław-Stefan”, co nastąpiło 4 stycznia 2022 roku.

W tym miejscu można się posłużyć także innym przykładem.
Trzy lata po oddaniu kopalni „Pomorzany” do ruchu, 1 października 1977 roku, w sobotę o godzinie 22:40 na dole zginął sztygar oddziałowy Oddziału Maszynowego Dół i Szyby. Sztygar oddziałowy, czyli kierownik oddziału zawsze pracował na zmianie pierwszej. Druga i trzecia obłożona była dozorem średnim, ale w randze sztygara zmianowego. Co w takim razie w sobotnią noc robił kierownik oddziału w kopalni? Spróbujmy wyjaśnić.
Dowierzchnią 21 schodzącą z poziomu eksploatacyjnego do przekopu polowego II, spływała woda do chodnika wodnego biegnącego wzdłuż i poniżej przekopu. Ponieważ była to woda czysta, w dolnej części tej dowierzchni postanowiono ją spiętrzyć i stworzyć ujecie, z którego miała być zasilana powierzchniowa część zakładu. Ujęcie wyposażone w dwie pompy wirowe, wielostopniowe z dobrym skutkiem pracowało już dłuższy czas, ale w pewnym momencie ludzie na powierzchni, pijący z niego wodę, zaczęli się uskarżać na jej dziwny smak i nienormalny zapach. Zwiększano dawki i częstotliwości chlorowania, ale − mimo to efekt był mizerny. Doszło do tego, że chcąc napić się herbaty, do pracy trzeba było przynosić swoją wodę. Drogą dedukcji ustalono, iż przyczyną takiego stanu może być gnijące drewno rozpórek wchodzących w skład obudowy łukowej wyrobiska. Postanowiono więc usunąć te rozpory a łuki zabezpieczyć przed ewentualnym przemieszczeniem belkami stalowymi. Żeby wykonać to zadanie, w jakiś sposób trzeba było dotrzeć nawet do czoła przytamki spiętrzającej. Było to przedsięwzięcie niebezpieczne i wymagające zastosowania pontonu, żeby za jego pomocą przedostać się w głąb upadu. Takimi robotami przeważnie kieruje najbardziej doświadczona i odpowiedzialna osoba dozoru. W tym przypadku mógł to być tylko sztygar oddziałowy. Popłynął na rozpoznanie, a płynąc coraz bardziej zbliżał się do stropu wyrobiska. W pewnym momencie nastąpił wybuch i przestrzeń, w której znajdował się sztygar, wypełnił ogień. Roboty nie skończył. Odszedł na wieczną szychtę, odkrywając, że jest coś bardziej zdradliwego w kopalni niż woda – metan. Służby i kierownictwo kopalni, jednostki naukowe, okręgowy i wyższy urząd górniczy – wcześniej nikt nie był świadom zagrożenia. Skąd w kopalni rudy metan? Po wielu próbach, analizach i dociekaniach okazało się, że płynie z wodą, że to nie gnijące drewno nadaje wodzie specyficzny smak i zapach, że woda po prostu śmierdzi! Znowu woda?! Nie mogła tak, to spróbowała inaczej, ale mimo wszystko nie chciała dać za wygraną. Metanem bolesławską kopalnię „obdarowała” fabryka celulozy w Kluczach, która przez lata zrzucała swoje odpady w rejon Pustyni Błędowskiej, a te spokojnie infiltrowały w głąb ziemi, aż dostały się do wód podziemnych. Niby czysta dotąd woda niosła teraz z sobą śmiercionośny ładunek – lignosulfoniany i metan. Gdy stało się to jasne, kopalnię natychmiast zaliczono do grona metanowych, ale wcześniej zginął człowiek. Oddał swe życie w zmaganiu z naturą. Aż do roku 1995 kopalnia musiała się zmagać z piętnem „metanowej”, a to poważnie wpływało na proces wydobycia poprzez różnego rodzaju rygory i ograniczenia. Dopiero po kilkunastu latach przekwalifikowano ją z powrotem na niemetanową.


Osadnik pod Komorą Pomp „Dąbrówka” (fot. K. Boniecki)

Jeśli dodać do tego, że na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku z kopalnianego ujęcia zlokalizowanego w rejonie „Pomorzany” pozyskiwano wodę mineralną, butelkowano ją na potrzeby załogi, a nawet sporadycznie sprzedawano, to i tak nie zostanie wyczerpany temat rodzajów wód kopalnianych. Ale jest to kolejny przykład przemawiający do wyobraźni. Przy szybie „Mieszko” pracowała rozlewnia. Była wyposażona w profesjonalną maszynę do butelkowania. Wodę pompowano z poziomu przekopu głównego nierdzewną rurą osadzoną w otworze wiertniczym, ze specjalnie zbudowanego zbiornika, który wypełniała, sącząc się bezpośrednio z nienaruszonego robotami górniczymi bloku skał. Woda ze skały? Czy coś nam to mówi? Skojarzeń może być kilka. Załączanie pompy odbywało się automatycznie i następowało w momencie, gdy do ustalonego minimum obniżył się poziom wody w zbiorniku rozlewni. W pewnym momencie napełniano nawet do dziesięciu tysięcy butelek na dobę. Woda była wysoko zmineralizowana, bogata w magnez. A magnez to jeden z najistotniejszych składników odżywczych dla organizmu. Naukowe opracowania mówią, że bierze on udział w kluczowych reakcjach metabolicznych, takich jak wytwarzanie energii, synteza kwasów nukleinowych i białek oraz w glikolizie. Ma istotne znaczenie w mineralnej gospodarce kości, a także w procesach termoregulacji i regulacji ciśnienia tętniczego krwi. W związku z tym woda z kopalni była szczególnie przydatna dla ludzi pracujących w wysokich temperaturach. Choć miała specyficzny słonawy smak, doskonale potrafiła uzupełnić wypłukiwane z organizmu mikroelementy i zalecano ją dla hutniczej części załogi.


Spokojna rzeka w przecznicy na poziomie transportowym (fot. K. Boniecki)

W najgorszych okresach kopalnia „Olkusz-Pomorzany” wypompowywała nawet 350 m³/min różnego rodzaju wód, co daje 504 tys. m³/dobę i ponad 180 mln m³/rok. Dla porównania przywołać można 43 śląskie kopalnie, które w tym czasie łącznie odpompowywały tylko niewiele ponad 600 tys. m³/dobę. Każdy, choć trochę dociekliwy czytelnik, może porównać tę ilość chociażby z pojemnością polskich jezior i przekonać się, w jakim czasie można by je napełnić wodą z jednej tylko kopalni. I warto w tym miejscu uświadomić sobie, że kopalnia w całej swej historii wydobywała kilkadziesiąt razy więcej wody niż urobku. Do odpompowania takiej ilości wody kopalnia, składająca się z dwóch rejonów, posiadała na początku zainstalowane w czterech komorach: „Dąbrówka”, „Chrobry”, „Mieszko” i „Bronisław” łącznie 64 pompy, produkcji Powen Zabrze, o wydajności nominalnej 11 m³/min każda oraz dziesięć rurociągów o średnicy 600 mm, dwa rurociągi o średnicy 500 mm i dwa rurociągi o średnicy 400 mm ułożone w pięciu szybach i łączące dół z kanałami: „Południowym” i „Dąbrówka”, na powierzchni.


Połączenie kanału „Roznos” z kanałem „Dąbrówka” (fot. archiwum własne autora)


Może warto w tym miejscu bliżej przyjrzeć się samej tylko kopalni „Pomorzany”.
Od początku jej istnienia aż do zatopienia, czyli od 1973 do końca 2021 roku z kopalni tej wypompowano łącznie 5 mld 300 mln m3 wody. Z ilości tej 3 mld 50 mln m³ wód zanieczyszczonych związkami lignosulfonowymi skierowano do kanału „Dąbrówka” i dalej do rzeki Białej a 2 mld 250 mln m³ wód czystych w większości odprowadzono do kanału „Południowego” i dalej do rzeki Baby i Sztoły (częściowo także do kanału „Dąbrówka”). Średnio rocznie pompowano z tej kopalni 112 mln m³ czyli 112 mln ton wody i wydobywano 1 mln 982 tys. rudy. Jeśli więc ilości te porównać ze sobą, to okaże się, że na każdą jedną tonę wydobytej rudy przypadało 56 ton odpompowanej wody. Równie ciekawą rzeczą jest to, że ze zdeponowanych w pisakach Pustyni Błędowskiej 400 tysięcy ton czystego składnika lignosulfonianów z wodami kopalnianymi odprowadzono 10,8 tony tego związku organicznego. Powyższe dane pochodzą z działu geologicznego kopalni a konkretnie od hydrologa pasjonata, któremu w zupełności można zaufać, gdyż wyjątkowo skrupulatnie cały proces odwadniania kopalni śledził i dokumentował.

Z wodą związane jest potężne niebezpieczeństwo. Zagrożeń naturalnych w górnictwie podziemnym jest dużo: metanowe, wybuchem pyłu węglowego, tąpaniami, pożarowe, radiacyjne, wyrzutami gazów i skał, ale w naszym przypadku największe było właśnie zagrożenie wodne. Jego zwalczanie polega na rozpoznaniu zasobów wody, odpowiednim jej ujęciu, odprowadzeniu pod komorę pomp i odpompowaniu na powierzchnię. W przeciwieństwie do sposobów walki z innymi zagrożeniami, potrzebny jest tutaj cały kompleks infrastruktury dołowej, urządzeń i maszyn. Są to chodniki wodne, zbiorniki, tamy, śluzy i osadniki. Są to urządzenia zasilania w energię elektryczną, alarmowe, sygnalizacji i sterowania, automatyki i pomiarów. I są to wreszcie pompy, instalacje ssące i tłoczące z całą armaturą, a także powierzchniowe kanały odprowadzające wodę. I nie wiem, czy kompleks ten nie jest porównywalny kosztowo z tym, który wykorzystuje się bezpośrednio w technologii wydobycia.


Kanał Dąbrówka przed przepustem drogowym DK94 (fot. archiwum własne autora)

Zagrożenie wodne w przepisach górniczych (tak jak pozostałe zresztą) jest szczegółowo rozpracowane. Określone są zasady bezpiecznego prowadzenia robót w niebezpiecznych warunkach tego zagrożenia, klasyfikacja zagrożeń oraz odpowiedzialność poszczególnych osób za sprawy związane z zapewnieniem bezpieczeństwa. Natomiast, jeśli chodzi o maszyny, urządzenia i całą infrastrukturę stworzoną dla stawienia czoła temu zagrożeniu, przepisy traktują to pobieżnie i nieporównywalnie płytko w zestawieniu z innymi. W dużej mierze są one nieżyciowe i nie przystają do realiów kopalń rud cynkowo-ołowiowych, a niejednokrotnie wiążą ręce, gdy chce się cokolwiek zmienić na lepsze. Dla przykładu można tu wymienić pompownię „Dąbrówka” przed modernizacją, największą w systemie odwadniania rejonu „Pomorzany”. Przeważnie pracował tu zespół czternastu pomp, a były momenty, że i szesnastu. Przepisy mówią, że w takiej komorze głównego odwadniania powinny stale znajdować się w pełnej gotowości ruchowej dwa zespoły pomp. Jeśli więc dwa w pełnej gotowości, to łącznie przynajmniej 28 pomp, tymczasem zabudowanych było do końca istnienia kopalni tylko 20 i kopalni z tego powodu nie zatopiono, a co więcej, żadnej z osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo nie spędzało to snu z powiek, bo uważano, że rzeczywiste niebezpieczeństwo wiąże się z czymś innym. Ale wracając do zespołu pomp, zadajmy pytanie. A co, jeśli w danej chwili jest potrzeba pracy zespołu złożonego na przykład z 16 pomp? A co jeśli w zespole pracują pompy różnych typów, o różnych wydajnościach? Zakładając, że ma ich być rzeczywiście 28, to, aby były w pełnej sprawności, niektóre z nich muszą być przecież remontowane. I jeśli przyjąć, że dwie z nich są w ciągłym remoncie, to w ile pomp w takim razie ma być wyposażona komora? Takich i tym podobnych pytań służby energomechaniczne naszych kopalń zadawały urzędnikom więcej, ale nawet oni nie potrafili udzielić na nie sensownych odpowiedzi. Taka oto była specyfika kopalni „Pomorzany”.

 

Autor: Jan Ryszard Chojowski

 

Jest rodowitym mieszkańcem Bolesławia, miejscowości o bogatych tradycjach górniczych, z którymi związana od pokoleń była również jego najbliższa rodzina. Po ukończeniu Szkoły Podstawowej w Bolesławiu z powodzeniem kontynuował naukę w Technikum Mechanicznym w Olkuszu. Studia w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie na Wydziale Maszyn Górniczych i Hutniczych ukończył w 1974 roku i wówczas rozpoczął pracę w Zakładach Górniczo-Hutniczych „Bolesław” w Bukownie. Zatrudniony w Wydziale Utrzymania Ruchu, dzięki swojej pracowitości, wiedzy i doświadczeniu zawodowemu, osiągnął stanowisko głównego energomechanika kopalni „Olkusz-Pomorzany”. W 2003 roku odszedł na zasłużoną emeryturę górniczą. Cały czas jest mieszkańcem Bolesławia, którego problemami i historią (również rejonu olkuskiego) żyje na co dzień.